Mój kociaku...

Już się cieszę na wszystkie Twoje wzruszenia, sukcesy i sprawy beznadziejne. Na wszystkie serca, które złamiesz i Twoje też pęknięte, normalne objawienie dorastania. Cieszę się na ciebie w całości i Ciebie w szczególności. I też na wszystko co zmienisz i zepsujesz:)

Nie mogę się Ciebie doczekać i wiem, że będziesz czymś co stworzyliśmy najpiękniejszego.

damy...

Podróże w poszukiwaniu diabła Bieszczady, Rumunia...


Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka Michała Kruszona Rumunia. Podróże w poszukiwaniu diabła, no i jakimś magicznym sposobem, Rumunia nie może wypaść z mojego umysłu. Książka sama w sobie taka sobie:) Niby siedzi w niej diabeł, ale jakoś tak bez pazura, czy tez bez kopytka;) Jadąc stopem do Turcji, zza szyby pojazdów, trochę tej Rumuni zobaczyłam, i jakoś tak chciałoby się tam wybrać, aby powłóczyć się po zamczyskach, urokliwszych zakątkach w rytmie szalenie pięknej ludowej, cygańskiej muzyki. Dla wszystkich, którzy chcą zobaczyć barwniejszą stronę cygańskiego życia, polecam film Toniego Gatlifa TranSylvania.


Diabeł w Bieszczadch...

Wracając do poszukiwania diabła. Wszystko warto rozpocząć od legendy dotyczącej Biesów i Czadów...


Podczas naszego ostatniego pobytu w Bieszczadach, znaleźliśmy, jak zwykle bardzo dużo aniołów, jednakże przeciwwaga, albo raczej równowaga w osobie diabła, była równie materialnie obecna. Poczynając od Sanockiego muzeum już przy wrotach Bieszczad - na wystawie ikon, oprócz wielu barwnych aniołów, zobaczyliśmy dosyć wyraźną zapowiedź potopu, czy też sadu ostatecznego, a co za tym idzie pięknego korowodu śmierci.

Prawdziwość wierzeń przedstawiona na malowidle, wywołała we mnie lekki dreszcz, sama nie wiem czy niepokoju, a może radości. Cały Sąd Ostateczny - Paruzja, był największym odkryciem w zbiorach muzeum.



Ta olbrzymich rozmiarów ikona bez dwóch zdań wywołała mój zachwyt, pomimo iż nie jestem wielką fanką tego rodzaju sztuki. Obecność Lucyfera trzymającego na kolanach Antychrysta to jedyny przejaw realności i grozy prezentowanej wizji. Ogień piekielny wydobywający się z paszczy piekła przywodzi na myśl inny obraz, który przykuł mój wzrok również w sanockim muzeum, na wystawie Mistrza Beksińskiego.



Tu już w pełni zagrała moja wyobraźnia, podsuwając myśl, że ten kolor włosów mogła mieć tylko demoniczna Lilith - pierwsza żona Adama.
Same krajobrazy bieszczadzkie i koloryt, nie miał na szczęście nic z diabelskich proweniencji:



Gdy tylko droga powiodła nas do ludzi, diabeł nie dał o sobie zapomnieć, przybierając formę drewnianych figurek pomniejszych górskich biesów i czadów, czy rozchichotanych czarownic i demonów, patrzących na nas groźnie lub kpiarsko z ulicznych wystaw i straganów.




Jednak z diabelską działalnością spotkaliśmy się również w małej, opuszczonej cerkwii. Cicho spoczywająca na zakurzonym parapecie ćma, znowu wywołała dreszcz. Tu bardziej przez kontrast, z cichym wnętrzem zapomnianej, starej, skurzonej kapliczki. A może to nie był kontrast, przecież wszystko współgrało ze sobą pięknie i właśnie jakoś tak po bieszczadzku.

Podróżowali
Mariolka i Paweł czyli dwa anielskie biesy...

Każda kobieta ma coś w sobie z Maty Hari - Każda kobieta to szpieg !

Właśnie!

I jak przystało na iście szpiegowską duszę, wyszpiegowałam z dwa miesiące tamu, że jestem w ciąży.
Szok, niedowierzanie, nieśmiała radość i starach, wszystkie te uczucia pędziły na karuzeli w mojej głowie na super szybkich obrotach. Dziś to już dumny 3 miesiąc, wiec jestem odrobinę spokojniejsza, mimo iż życie dookoła wcale nie jest wolniejsze.

W telewizji tylko ten poczciwina, przynajmniej kiedyś tak o nim myślałam nim nabrał w oczach złego blasku - świadczącego o politycznym wyrachowaniu, wygłasza swoje nic nieznaczące orędzia, chociaż dookoła wrzą wycieki informacji, mających opinię publiczną przygotować na najgorsze. Koniec z ulgami za internet, koniec z becikowym (sic! - akurat teraz), koniec z wcześniejszymi emeryturami, podatek od posiadania mieszkania, koniec koniec koniec!

A tu nie, na złość wszystkim plotkom, właśnie początek. Życia.
Na które już nie możemy się doczekać.

Ostatnio niechęć do świata polityki osiąga u mnie apogeum. Narodziła się wraz z skrycie wprowadzoną podwyżką vat-u, maskowaną aferą z krzyżem i vat-em na książki, po którym to rząd pana Tuska otrzymał w moim małym państewku rodzinnym absolutnie i niepowtarzalne wotum nieufności.

No bo co? Do tej pory kupowałam stare książki pod halą targową za złotówkę i raz na jakiś czas nową, a teraz odebrali mi to "raz na jakiś czas".
Tknąć się śmieli okrutnicy,
braku vat-u tej to wolności źrenicy...

Wyprawa na Krym czyli Nasza Wielka Włóczega po Krymie

Podróż na Krym była jedną z naszych piękniejszych wypraw. Wreszcie wolni bezmiarem przyrodą, nareszcie daleko od Krakowa, tylko szum morza i wiatr.


1. W drodze... Podróż z Krakowa do Symferopola
Postanowiliśmy wyruszyć wraz z początkiem czerwca, by uniknąć męczących upałów i tłumów środkowoletnich. Wzieliśmy dwa plecaki raczej lekkie niż ciężkie, bo nie lubimy dźwigać (mały namiot 2-osobowy, supernieprzemakalny o wadze do 1kg - decatlon, śpiwory, materac dmuchany do pływania i spania i trochę ciuszków chroniących przed słońcem lecz przewiewnych).
Słowem dwa plecaczki do 35 l.
I na pociąg. To miała być wyprawa z przygodami i z poznaniem innej kultury, mająca również kosztować jak najmniej, a dostarczać mocnych wrażeń. Ot, nasza włóczęga:
- pociąg nocny (pospieszny) do Przemyśla,
- raniutko w Przemyślu busikiem (2zł) do Medyki (przejście graniczne),
- przez granice na nogach - przejście piesze,
- od razu po drugiej stronie stoją ukraińskie busiki (marszrutki) do Lwowa, podróż ok 1,5h cena ok. 10zł;
I pociąg do Symferopola. Trzeszcząca machina z tysiącami skrytych w każdej ścianie łóżek, magicznych, pojawiających się znikąd stoliczków i niezbędnych haczyków niewiadomopoco.

Po południu dnia kolejnego przywitał nas napis Symferopol. W tym momencie nasz przewidywalny plan się skończył jednak kierunek mieliśmy z grubsza wyznaczony - najpierw stepy i przyroda!



2. Krym stepowy - Cziernomorskoje, Olienowka, Marino...

Wsiedliśmy do marszrutki kierującej się do Czernomorskoje - które jak podawał nasz przewodnik jest największą miejscowością w tej części Krymu z przepięknymi plażami piaskowymi. Dotarliśmy. Wieś z pomnikiem Lenina i główną uliczką Lenina (jak większość na Krymie). Doszliśmy do morza - wszędzie beton, wały, wybrzeże poszarpane strasznie zatoczkami i zbliżająca się noc napełniły nas wielkim niepokojem. Gdzie te plaże, piękne piaszczyste? Gdzie te ciche noclegi, niezwykłe? Cóż robić? Noclegi w hotelu okazały się kosztować 150 zł /os. Więc postanowiliśmy złapać odrobinkę optymizmu i zjeść coś dobrego. W sklepie przywitała nas kiełbasa krakowska, także jak dwa durnie staliśmy nad lodówka i śmialiśmy się do rozpuku a może właściwie do kiełbasy, no bo po co było wyjeżdżać z Krakowa, tyle kilometrów by spotkać się z nasza kiełbasą? Dziwnie patrzącej na nas sprzedawczyni wyjaśniliśmy, że my też z Krakowa, i ona też zaraziła się naszym humorem, po czym zaczęła nam tłumaczyć, że tu wszyscy z polski pochodzą i wymieniać nazwiska kończące się przepięknie na -ski i -ska. Miłe to było, jaśniejące i napełniające nas optymizmem wobec niepewności gdzie złożymy głowę do snu.

Ruszyliśmy dalej z pachnącymi kabanosami nad morze, morze, wytęsknione. Przewodnik donosił, że nad morzem znajdują się ruiny starożytnego portu greckiego Kalos Limen. Nazwa grała nam w uszach pięknie, historycznie. Jeszcze piękniej zagrał nam zmrok w porcie, gdy na kilku pozostałych po budowli kamieniach zjedliśmy piękny posiłek pożywny i pachnący, zapatrzeni w morskie bitwy, zasłuchani.



Zachęceni wielkimi trawami zarastającymi ten pomnik przeszłości, miękkimi trawami, falującymi - wybraliśmy to miejsce na nocleg.

Rozbiliśmy namiot wśród zapadającej nocy, by raniutko o brzasku wyruszyć w inne, mniej betonowe miejsce Krymu.



Druga miejscowość, do której można było dojechać busem – Olienowka, była strzałem w dziesiątkę. Olbrzymie wyschnięte jeziora i szerokie piaszczyste plaże zachwycały. W ostatnim sklepie w Olienowce zrobiliśmy duże zakupy (sporo wody i tabletki na gardło, które bolało niemiłosiernie po jeździe busem z otwartymi oknami). Plan rodził się wraz z podróżą. Pierwsze postanowienie spacer do latarni morskiej i nocleg na plaży okazały się nie do zrealizowania, w pobliżu latarni nie było już plaż, a zaczynały nadmorskie urwiska.



I właśnie tu, znaleźliśmy pierwsze skarby – zatoczki pełne wielkich muszel wyglądem przywodzących na myśl zamierzchłe czasy. Muszle były wielkości dwóch połączonych razem pięści i większe. Niesamowite. Chcieliśmy wziąć na pamiątkę wiele, jednakże przeczyło to lekkim plecakom, więc ograniczyliśmy się do trzech średnich wielkości. Kolejnego dnia rano doszliśmy do latarni i rozciągających się za nią ścian Wielkiego Atlieszu (ognia). Wapniowe białe skrzące w słońcu.



Wielki Atliesz

Z jednej strony kwitnący jeszcze step z drugiej morze i kamienne zatoczki 60 metrów niżej. Dzień był pełen wrażeń, morza, kąpieli, opalania i marszu.



Pod wieczór doszliśmy w pobliże miejscowości Marino i rozbiliśmy się ponad piaszczystą plażą. Do nocy oglądając zabawy delfina, który aż do zmroku pływał po zatoce.


Nocne przygotowania i zachwyt delfinami

Rano dotarliśmy do Marino i marszrutką (busem) do Eupatorii.


Przystanek w Marino


Ta cześć wyprawy, mimo iż pozbawiona wygód, była dla nas najpiękniejszą. Warto dodać, że pomiędzy Olienowką a Marino nie ma dróg samochodowych.




marzenia i pragnienia

Czułem ruch powietrza dookoła głowy i było mi nieźle, czułem się nieźle, bo nie marzę o wielkiej karierze, o wielkiej przyszłości i żebym tak całe życie miał kawałek chleba i od czasu do czasu jakąś robotę, i żebym tak całe życie miał zdrowe nogi i rozum, to by była dla mnie wieczna szczęśliwość. Bo nie marzę o wielkiej karierze. To mi się nie śni. Nie, żebym nie miał ambicji albo zdolności. Mam. Ale nie na to. Nie po to.
E. Stachura

WSPÓŁCZESNE KOBIETY

Niedawno znalazłam zapomniany tekst, w zasadzie dywagacje na temat kobiet i ich zapatrywań. Tekścik jest bardzo ogólny i nie za "głęboki". To jakby malutki wierzchołek, góry lodowej. Po jego przeczytaniu przypomniało mi się uczucie buntu, które niegdyś w sobie nosiłam i w jakiś daleki sposób koresponduje ze zdjęciami jakie postanowiłam stworzyć "w obronie prostoty i niewinności kobiet". Oto tekst:


Bez wątpienia sytuacja kobiet wciąż ulega stopniowej przemianie. Dzięki mediom zagraniczne wzorce docierają bardzo szybko w nasze już nie tak „skromne progi”, a ogólna moda na walkę z tematami tabu sprawia, że dzisiejszy świat wygląda zupełnie inaczej niż ten sprzed stu lat. Kobieta zdecydowanym ruchem zrzuciła fartuch gospodyni i... jest rozdarta między swymi pragnieniami.

Walka o prawa dla kobiet przebiegała bardzo burzliwie. Początkowo nie wróżono ruchom feministycznym powodzenia i jakież wielkie było zdziwienie, gdy okazało się, że świat mężczyzn po raz wtóry się myli. Wolność wywalczona przez feministki pozwoliła spełnić się zawodowo kobietom, nakładając im nowe obowiązki jednocześnie nie uwalniając od starych. I tak kobieta oprócz gotowania, sprzątania, wychowywania dzieci, musiała odważnie stanąć do boju o pracę.
Dziś sytuacja polskich kobiet staje się dużo bardziej złożona. Przede wszystkim wzorce czerpane z ameryki zyskują niezwykłą popularność. Media, zwłaszcza droższa prasa kobieca promuje wizerunek kobiety pracującej, zaradnej, samowystarczalnej. Bizneswoman nie ma czasu na dom, rodzinę, pieluchy i gotowanie. Obraca się w bogatym towarzystwie, jest niezwykle inteligentną i ma silną osobowość. Ta demoniczna kobieta przeraża. Jednak ekskluzywne życie wydaje się pociągające. Dla młodego pokolenia wychowanego na tym wzorcu, kariera jest niezwykle istotna, jeśli nie najważniejsza. Współczesne kobiety mają więc poważny problem w spełnieniu wszystkich swych pragnień, życiu zarówno na forum rodziny i w ferworze pracy. Do tego dochodzą jeszcze bardziej przyziemne zabiegi, pochłaniające dużo czasu, takie jak dbanie o własny wizerunek, zakupy, rozwój. Kobieta jest niczym złapana w pajęczą sieć pragnień, obowiązków i powinności, gdy tylko spróbuje się poderwać w którąś ze stron, inne nitki dotkliwie ranią przypominając o zniewoleniu.

Przyglądając się polskiej kobiecie nie powinniśmy zapomnieć o niezwykle istotniej sprawie, czyli esencji owej kobiecości. Bynajmniej nie chodzi tutaj o anatomiczne różnice pomiędzy płciami, lecz o wewnętrzną, duchową sferę, która odróżnia nas od mężczyzn. Chciałabym jednak zaznaczyć, że posługuję się tu pewnymi uogólnieniami, bo cechą wszystkich reguł są wyjątki. Podstawową „właściwością” kobiety jest to, że zbudowana jest ze skrajności. Łączy w sobie niemożliwe: niezwykłą delikatność i ogromną siłę, piękno i złości, miłość i nienawiść. Jest w pewien sposób próżna, kocha być wielbiona, a swoimi względami darzy tego, który wielbi ją najoryginalniej i najdłużej. Marzy o męskim księciu na silnym rumaku i życiu w pięknym zamku. Nic więc dziwnego, że życie nie zawsze spełnia jej oczekiwania. Często nie potrafiąc poradzić sobie z własnymi problemami zamyka się w sobie wypełniając swój świat rzeczami i doczesnością. Miłość i życie w związku ważniejsze jest dla większości kobiet od spełnienia się w roli matki. Od swojego partnera wymagają ciepła i zrozumienia, odwagi i oparcia. Powoli polki zaczynają się otwierać i mówić o swych potrzebach również tych w sferze seksualnej. Wstyd jednak nie został całkowicie wykorzeniony. Proces ten wciąż przebiega bardzo powoli. I znów z pomoc przychodzą media, które wzorując się na zachodzie, próbują nam uzmysłowić, że sex jest tylko przyjemnością i możemy pracować nad tym by był „wspaniałym, niezapomnianym przeżyciem”.

W rozwoju duchowym kobiet w Polsce również ważną rolę odgrywa kościół. Jednak jego oddziaływanie w widoczny sposób się zmniejsza, wszak nie jest, aż tak popularny jak telewizja, internet i druk.
Oprócz sfery duchowej, kobiety również niezwykle dużo uwagi poświęcają swojemu wizerunkowi. Nowoczesna pani nie opuści domu bez odpowiedniego makijażu, w źle skompletowanym stroju i w nie niewłaściwej biżuterii. Kupowanie i strojenie to zajęcia za którymi kobiety przepadają. I również w tym względzie podkreślona jest niezwykła różnica pomiędzy światem pań i światem mężczyzn, którzy tej fascynacji nie są w stanie zrozumieć.

Niestety wzór nowoczesnej kobiety nie jest w stanie sprostać duchowym pragnieniom i zawęża się jedynie do sfery życia realnego. Sama praca wszak nie daje spełnienia, a jednoczesna kariera, udane życie rodzinne, własny rozwój i zaspokajanie małych zachcianek nie są do pogodzenia. Kobieta współczesna jest więc rozdarta i zaganiana, nie ma czasu dla siebie i rezygnuje ze swych prawdziwych pragnień.

Kobiety w Polsce stanowią 51,4 proc. społeczeństwa, 8 proc. ma wyższe wykształcenie, stanowią tylko 1/3 osób na kierowniczych stanowiskach w sektorze publicznym, wysokość ich wynagrodzenia wynosi 66-80 proc. pensji mężczyzny, wśród bezrobotnych stanowią większość - 58,5 proc.


W istocie, wszystko co jest powyżej rozpływa się w świetle faktu, że kobieta zawsze będzie nieodgadnioną tajemnicą i jakiekolwiek próby stworzenia modelu kobiecości, pozostają w nieosiągalnej strefie marzeń.


ROBERT FRANK – KONIEC AMERYKAŃSKIEGO SNU

Robert Frank przyszedł na świat w Szwajcarii 1927 roku w zamożnej, żydowskiej rodzinie. Fotografia była dla niego ucieczką od rodzinnych zainteresowań związanych z prowadzeniem firmy i mnożeniem kapitału. Nauki pobierał u fotografów i grafików, co zaowocowało pierwszym albumem „40 zdjęć”. W wieku dwudziestu lat, opuszcza bezpieczną Szwajcarię, by wyruszyć w swoją wielką podróż – do Ameryki.
Za oceanem jego sen się realizuje, jednak to nie jest to, o czym marzy żądny wówczas przygód młody fotograf. Dzięki albumowi dostaje swoją pierwszą pracę dla Harpers Bazar. Fotografowanie mody nie zatrzymuje go długo w jednym miejscu. Już po roku, w 1948 udaje się na wielka włóczęgę do Peru i Boliwii.
Podróż, nowe miejsca, wrażenia ludzie, Robert Frank składa swój kolejny album „Peru”, zawiera też cenne znajomości ze znanymi fotografami. Rozczarowanie wspaniałą Ameryką sprawia, że na powrót udaje się do rodzinnej Europy. Tym razem Anglia i Walia przyciągają jego uwagę. Tutaj szuka poezji w czarnej rzeczywistości społeczności górniczych. Wspaniale prowadzona narracja zdjęć, ich realizm przy jednoczesnej gloryfikacji codziennego dnia owocuje seriami niezwykłych zdjęć znajdujących swoje miejsce w albumie „Black White and Fings”.


fot. Robert Frank

Już nie tylko podróże i zdjęcia ogniskują cała uwagę młodego fotografa. Znajomość z młodą artystką Mery Lockspeiser wprowadza wiele zmian w jego życiu. Ślub i Europa, zachwyt Paryżem, wspólne podróże. Tym żyje Frank aż do 1953 roku, kiedy to decyduje się na powrót do Ameryki. Nowy York i nowe wyzwania oraz wielkie tytuły McCall’s, Vogue, Fortune, jednakże fotografia mody, wciąż nie jest tym, w czym Frank umiałby się do końca odnaleźć. Talent i znajomości okazują się niezwykle pomocne. Rok 1955 obfituje w niespodzianki. Dzięki prestiżowemu stypendium Guggenheima wyrusza w podróż, której celem jest uchwycenie wszystkich warstwy społeczeństwa amerykańskiego.


fot. Robert Frank

Do wynajętego Forda spakował aparat, zestaw ciemniowy, żonę, dwójkę dzieci i w 1955 roku ruszył w dziewięciomiesięczna podróż po Ameryce. I tutaj statystyki są budzące podziw: 30 stanów, 10 tys. mil, 767 negatywów, ponad 28 tys. zdjęć.
Czas zimnej wojny oraz kreowania amerykańskiego utopi był doskonałym momentem do wyrażenia własnych bezstronnych obserwacji. Zdjęcia Roberta Franka szokowały swym autentyzmem. Świat przedstawiony był światem prawdziwym, bez upiększających masek reklam i sztucznie kreowanego wizerunku spełniającej marzenia Ameryki. Ten reportaż odsłaniał wewnętrzne antagonizmy, uprzedzenia społeczne, i niepokoje lat pięćdziesiątych podyktowane polityka antykomunistyczną.



fot. Robert Frank


Ciągłe przemieszczanie się, niekończąca się droga motyw tak bliski w prezentacji amerykańskich symboli wolnościowych przyniósł zupełnie nową wizję Ameryki. Ruch i świeżość spojrzenia pochodzącego z Zurychu młodego fotografa przyczyniły się do stworzenia ważnego i prawdziwego dokumentu ukazującego narodziny kultury masowej oraz obalającego szereg amerykańskich mitów.


fot. Robert Frank

Zdjęcia szokują, przede wszystkim ich realność, mocne kontrasty oraz niekończąca się samotność zarazem ludzi, jak i miejsc. Ameryka Roberta Franka jest Ameryką zstępującą z obrazów Hoppera. Pojedyńczość, zniechęcenie i zmęczenie. Praca, rasizm, konsumpcjonizm, strach i pustka. To wypalało dusze społeczeństwa i takie oblicze kraju uwiecznił na swoich fotografiach młody szwajcar. Zdjecia przerażają swoja poetycznością, do cna przesiąkniętą czernią i szarością, chciałoby się rzec bez miejsca na nadzieję.


fot. Robert Frank

Tak duże obciążenie realizmem w obrazie nie mogło pozostać bez echa. Wydany w 1958 roku we Francji album „The Americans” był istnym ładunkiem wybuchowym. „Zdjęcia jak z Rosji” wypowiadały się barwne amerykańskie magazyny, wyrzucając zdjęcia z druku. Ten kij wsadzony w mrowisko został mocno i precyzyjnie. Tak piękny portret narodowi mogła zrobić jedynie osoba z zewnątrz. Album, na który fotograf wybrał 83 zdjęcia poddano ostrej krytyce, jednakże na stałe wpisał się w historię fotografii, o czym świadczą liczne wznowienia.


fot. Robert Frank

Zarzuty kierowane były praktycznie przeciw wszystkiemu. Sposób wykonania zdjęć, braki w kompozycji, krzywe kadry, poruszone i nieostre, zła narracja, brak ładu i harmonii. Temat również znalazł się na liście zarzutów: knajpki, stacje benzynowe, przydrożne restauracje i ludzie odrealnieni i odlegli.



fot. Robert Frank

Dziś Frank nazywany jest pionierem „fotografii antymomentu” wyróżniającej się brakiem przewidywalności i planowania, przekrzywionymi horyzontami i poruszeniem, w pełni oddającą daną chwilę wraz z jej ładunkiem emocjonalnym i poetycką czułością.
Po wydaniu „The Americans” Frank odwrócił się od tradycyjnej fotografii na rzecz tworzenie ruchomych obrazów. Jego zdjęcia natomiast spełniają do dziś niezwykle ważna rolę uśmiercając amerykańskie mity, prezentując prawdziwe oblicze kreowanej przez media kolorowej maskarady bardziej przypominającej koszmar niż sen.

Anna Świrszczyńska - Ona się boi

Koło kobiety leży jej mężczyzna.
Kobieta boi się,
że on ją znowu zabije.

- Czy mnie już więcej nie zabijesz? -
pyta kobieta.
- Nie zabiję - mówi mężczyzna.

Ale ona boi się,
że on ją znowu zabije.

Więc podbiega do okna i skacze na bruk.
I już jest ocalona
leżąc na bruku.
Już on jej więcej nie zabije.

Anna Świrszczyńska z tomu Jestem baba

W czwartek...

W czwartek umarł dziadek. Nie chciałam nic pisać o książce Irvinga Stone "Pasja Życia", ale w czwartek skończyłam czytać tom 2 i znalazłam kojące słowa:

"Życie było dobre. Bóg nie stworzył mnie, aby mnie opuścić. Kochałem marmur, ale również i malarstwo. Kochałem architekturę, ale również i poezję. Kochałem moją rodzinę i moich przyjaciół. Kochałem Boga, kształty niebios i kształty ziemi, a także i ludzi. Kochałem życie do sytości, a teraz kocham śmierć, jako jego naturalne dopełnienie(...) jeśli chodzi o mnie , siły zniszczenia nigdy nie pokonały sił twórczych".

Iris Murdoch - Zielony rycerz

Kilka dni temu skończyłam czytać tę niezwykłą książkę i jeszcze dziś nie mogę wprost przestać o niej myśleć. Powieść Murdoch, można odebrać na wielu poziomach i na każdym ma w sobie coś porywającego. Książka ta, zbudowana jest wokół tajemnicy Lucasa - profesora-erudyty, którego każdy z otaczających go przyjaciół postrzega nieco inaczej, przy czym wszyscy odczuwają strach.
On jeden nie zabiera głosu w powieści, nie jest narratorem, dlatego tez nie możemy odpowiedzieć "Kim w istocie jest Lucas"?
Powieść przedstawia losy małego i zamkniętego środowiska londyńskich przyjaciół, zadziwionych niedawną wiadomością, o nieszczęśliwym wypadku, w którym Lucas broniąc się przed złodziejem nieumyślnie morduje napastnika. I od tego momentu wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, motywy, uczucia, pobudki i przyczyny - w tym świecie nic nie jest pewne. A wszystko co wiemy zbudowane jest na naszych niejasnych wyobrażeniach.
To świat symbolu i stagnacji, depresji i nadziei, idealne pole dla walki prawdziwie zielonego rycerza, znikąd wkraczające w to zamknięte środowisko. Zielony rycerz to postać rodem z "Idioty" Dostojewskiego, a jego rola sprowadza się do zbawienia i wytrącenia z niebytu wszystkich bohaterów powieści. Napięcie narasta, aż do niezwykłego pojedynku dwóch wielkich czarodziejów (Lucasa i Petera - zielonego rycerza).

Każdy z bohaterów jest inny, Clement, brat Lucasa to wyjątkowy lekkoduch artystyczne uzdolniony, Bellamy bezustannie szukający przewodnika, gubi się we własnych depresyjno-wizyjnych stanach, Harvey to młody szukający i bojący się życia chłopak, natomiast Louisa wraz ze swoimi trzema córkami jest cichym azylem, dla wszystkich zlęknionych świata przyjaciół.
Pisarka posługuje się niezwykłą metaforyką, przypomina postać Chrystusa - żołnierza, nieba zwijającego się jak zwój, oraz pięknymi symbolicznymi scenami: pojedynek czarodziejów, czy też walka 15 letniej Moy z łabędziem.

Jeszcze tylko fragment:
"Peter także jest demoniczny. Jest demonicznym psychoanalitykiem. No dobrze, masz rację, to wszystko wina Lucasa. Ci dwaj to para szalonych magików. To się może właśnie tak skończyć - próbą magii. Albo, jeśli chcesz możesz ich nazwać archaniołami(...). Pojedynek dwóch archaniołów. Trzeba tylko uważać, żeby nas nie zniszczyli."

Książkę polecam wszystkim lubiącym mroczno-magiczne klimaty i złożone osobowości bohaterów.

raz,dwa,trzy - buuuum!!

To ma być dziennik o książkach ulatujących z głowy jak ziarenka dmuchawca, przez kogo i po co wprawione w znikanie - nie wiem, może się dowiem, kiedyś.
Na ile zapanuje nad swoja wyobraźnią i poddam się powyższemu założeniu, nie wiem.
Symultaniczność momentami jest tak idealna, fragmenty życia splatają się tak ściśle, że z natłoku trudno wyodrębnić sam utwór.

O mnie: czytam chaotycznie, ok. 5 książek na raz, a przynajmniej do chwili, gdy któraś nie ściągnie całej mojej uwagi. Nie jestem stała w uczuciach, mam licznych kochanków, którym oddaje się ze zmiennym natężeniem. Bez pamięci zakochiwałam się w dostojewskim, cortazarze, wojaczku, czy stachurze, miałam romans z baudelaire, dygatem, hessem i gombrowiczem. Do łóżka chodzę z wieloma. Ostatnim czasem znajomości nawiązuje głównie w bibliotece Podgórskiej na Dębnikach. Przez co są mniej intensywne i mniej pociągające. Uwielbiam kreślić po książkach i ciągle nie zaprojektowałam swojego exlibrisu. ja w maleńkim wycinku.