WSPÓŁCZESNE KOBIETY

Niedawno znalazłam zapomniany tekst, w zasadzie dywagacje na temat kobiet i ich zapatrywań. Tekścik jest bardzo ogólny i nie za "głęboki". To jakby malutki wierzchołek, góry lodowej. Po jego przeczytaniu przypomniało mi się uczucie buntu, które niegdyś w sobie nosiłam i w jakiś daleki sposób koresponduje ze zdjęciami jakie postanowiłam stworzyć "w obronie prostoty i niewinności kobiet". Oto tekst:


Bez wątpienia sytuacja kobiet wciąż ulega stopniowej przemianie. Dzięki mediom zagraniczne wzorce docierają bardzo szybko w nasze już nie tak „skromne progi”, a ogólna moda na walkę z tematami tabu sprawia, że dzisiejszy świat wygląda zupełnie inaczej niż ten sprzed stu lat. Kobieta zdecydowanym ruchem zrzuciła fartuch gospodyni i... jest rozdarta między swymi pragnieniami.

Walka o prawa dla kobiet przebiegała bardzo burzliwie. Początkowo nie wróżono ruchom feministycznym powodzenia i jakież wielkie było zdziwienie, gdy okazało się, że świat mężczyzn po raz wtóry się myli. Wolność wywalczona przez feministki pozwoliła spełnić się zawodowo kobietom, nakładając im nowe obowiązki jednocześnie nie uwalniając od starych. I tak kobieta oprócz gotowania, sprzątania, wychowywania dzieci, musiała odważnie stanąć do boju o pracę.
Dziś sytuacja polskich kobiet staje się dużo bardziej złożona. Przede wszystkim wzorce czerpane z ameryki zyskują niezwykłą popularność. Media, zwłaszcza droższa prasa kobieca promuje wizerunek kobiety pracującej, zaradnej, samowystarczalnej. Bizneswoman nie ma czasu na dom, rodzinę, pieluchy i gotowanie. Obraca się w bogatym towarzystwie, jest niezwykle inteligentną i ma silną osobowość. Ta demoniczna kobieta przeraża. Jednak ekskluzywne życie wydaje się pociągające. Dla młodego pokolenia wychowanego na tym wzorcu, kariera jest niezwykle istotna, jeśli nie najważniejsza. Współczesne kobiety mają więc poważny problem w spełnieniu wszystkich swych pragnień, życiu zarówno na forum rodziny i w ferworze pracy. Do tego dochodzą jeszcze bardziej przyziemne zabiegi, pochłaniające dużo czasu, takie jak dbanie o własny wizerunek, zakupy, rozwój. Kobieta jest niczym złapana w pajęczą sieć pragnień, obowiązków i powinności, gdy tylko spróbuje się poderwać w którąś ze stron, inne nitki dotkliwie ranią przypominając o zniewoleniu.

Przyglądając się polskiej kobiecie nie powinniśmy zapomnieć o niezwykle istotniej sprawie, czyli esencji owej kobiecości. Bynajmniej nie chodzi tutaj o anatomiczne różnice pomiędzy płciami, lecz o wewnętrzną, duchową sferę, która odróżnia nas od mężczyzn. Chciałabym jednak zaznaczyć, że posługuję się tu pewnymi uogólnieniami, bo cechą wszystkich reguł są wyjątki. Podstawową „właściwością” kobiety jest to, że zbudowana jest ze skrajności. Łączy w sobie niemożliwe: niezwykłą delikatność i ogromną siłę, piękno i złości, miłość i nienawiść. Jest w pewien sposób próżna, kocha być wielbiona, a swoimi względami darzy tego, który wielbi ją najoryginalniej i najdłużej. Marzy o męskim księciu na silnym rumaku i życiu w pięknym zamku. Nic więc dziwnego, że życie nie zawsze spełnia jej oczekiwania. Często nie potrafiąc poradzić sobie z własnymi problemami zamyka się w sobie wypełniając swój świat rzeczami i doczesnością. Miłość i życie w związku ważniejsze jest dla większości kobiet od spełnienia się w roli matki. Od swojego partnera wymagają ciepła i zrozumienia, odwagi i oparcia. Powoli polki zaczynają się otwierać i mówić o swych potrzebach również tych w sferze seksualnej. Wstyd jednak nie został całkowicie wykorzeniony. Proces ten wciąż przebiega bardzo powoli. I znów z pomoc przychodzą media, które wzorując się na zachodzie, próbują nam uzmysłowić, że sex jest tylko przyjemnością i możemy pracować nad tym by był „wspaniałym, niezapomnianym przeżyciem”.

W rozwoju duchowym kobiet w Polsce również ważną rolę odgrywa kościół. Jednak jego oddziaływanie w widoczny sposób się zmniejsza, wszak nie jest, aż tak popularny jak telewizja, internet i druk.
Oprócz sfery duchowej, kobiety również niezwykle dużo uwagi poświęcają swojemu wizerunkowi. Nowoczesna pani nie opuści domu bez odpowiedniego makijażu, w źle skompletowanym stroju i w nie niewłaściwej biżuterii. Kupowanie i strojenie to zajęcia za którymi kobiety przepadają. I również w tym względzie podkreślona jest niezwykła różnica pomiędzy światem pań i światem mężczyzn, którzy tej fascynacji nie są w stanie zrozumieć.

Niestety wzór nowoczesnej kobiety nie jest w stanie sprostać duchowym pragnieniom i zawęża się jedynie do sfery życia realnego. Sama praca wszak nie daje spełnienia, a jednoczesna kariera, udane życie rodzinne, własny rozwój i zaspokajanie małych zachcianek nie są do pogodzenia. Kobieta współczesna jest więc rozdarta i zaganiana, nie ma czasu dla siebie i rezygnuje ze swych prawdziwych pragnień.

Kobiety w Polsce stanowią 51,4 proc. społeczeństwa, 8 proc. ma wyższe wykształcenie, stanowią tylko 1/3 osób na kierowniczych stanowiskach w sektorze publicznym, wysokość ich wynagrodzenia wynosi 66-80 proc. pensji mężczyzny, wśród bezrobotnych stanowią większość - 58,5 proc.


W istocie, wszystko co jest powyżej rozpływa się w świetle faktu, że kobieta zawsze będzie nieodgadnioną tajemnicą i jakiekolwiek próby stworzenia modelu kobiecości, pozostają w nieosiągalnej strefie marzeń.


ROBERT FRANK – KONIEC AMERYKAŃSKIEGO SNU

Robert Frank przyszedł na świat w Szwajcarii 1927 roku w zamożnej, żydowskiej rodzinie. Fotografia była dla niego ucieczką od rodzinnych zainteresowań związanych z prowadzeniem firmy i mnożeniem kapitału. Nauki pobierał u fotografów i grafików, co zaowocowało pierwszym albumem „40 zdjęć”. W wieku dwudziestu lat, opuszcza bezpieczną Szwajcarię, by wyruszyć w swoją wielką podróż – do Ameryki.
Za oceanem jego sen się realizuje, jednak to nie jest to, o czym marzy żądny wówczas przygód młody fotograf. Dzięki albumowi dostaje swoją pierwszą pracę dla Harpers Bazar. Fotografowanie mody nie zatrzymuje go długo w jednym miejscu. Już po roku, w 1948 udaje się na wielka włóczęgę do Peru i Boliwii.
Podróż, nowe miejsca, wrażenia ludzie, Robert Frank składa swój kolejny album „Peru”, zawiera też cenne znajomości ze znanymi fotografami. Rozczarowanie wspaniałą Ameryką sprawia, że na powrót udaje się do rodzinnej Europy. Tym razem Anglia i Walia przyciągają jego uwagę. Tutaj szuka poezji w czarnej rzeczywistości społeczności górniczych. Wspaniale prowadzona narracja zdjęć, ich realizm przy jednoczesnej gloryfikacji codziennego dnia owocuje seriami niezwykłych zdjęć znajdujących swoje miejsce w albumie „Black White and Fings”.


fot. Robert Frank

Już nie tylko podróże i zdjęcia ogniskują cała uwagę młodego fotografa. Znajomość z młodą artystką Mery Lockspeiser wprowadza wiele zmian w jego życiu. Ślub i Europa, zachwyt Paryżem, wspólne podróże. Tym żyje Frank aż do 1953 roku, kiedy to decyduje się na powrót do Ameryki. Nowy York i nowe wyzwania oraz wielkie tytuły McCall’s, Vogue, Fortune, jednakże fotografia mody, wciąż nie jest tym, w czym Frank umiałby się do końca odnaleźć. Talent i znajomości okazują się niezwykle pomocne. Rok 1955 obfituje w niespodzianki. Dzięki prestiżowemu stypendium Guggenheima wyrusza w podróż, której celem jest uchwycenie wszystkich warstwy społeczeństwa amerykańskiego.


fot. Robert Frank

Do wynajętego Forda spakował aparat, zestaw ciemniowy, żonę, dwójkę dzieci i w 1955 roku ruszył w dziewięciomiesięczna podróż po Ameryce. I tutaj statystyki są budzące podziw: 30 stanów, 10 tys. mil, 767 negatywów, ponad 28 tys. zdjęć.
Czas zimnej wojny oraz kreowania amerykańskiego utopi był doskonałym momentem do wyrażenia własnych bezstronnych obserwacji. Zdjęcia Roberta Franka szokowały swym autentyzmem. Świat przedstawiony był światem prawdziwym, bez upiększających masek reklam i sztucznie kreowanego wizerunku spełniającej marzenia Ameryki. Ten reportaż odsłaniał wewnętrzne antagonizmy, uprzedzenia społeczne, i niepokoje lat pięćdziesiątych podyktowane polityka antykomunistyczną.



fot. Robert Frank


Ciągłe przemieszczanie się, niekończąca się droga motyw tak bliski w prezentacji amerykańskich symboli wolnościowych przyniósł zupełnie nową wizję Ameryki. Ruch i świeżość spojrzenia pochodzącego z Zurychu młodego fotografa przyczyniły się do stworzenia ważnego i prawdziwego dokumentu ukazującego narodziny kultury masowej oraz obalającego szereg amerykańskich mitów.


fot. Robert Frank

Zdjęcia szokują, przede wszystkim ich realność, mocne kontrasty oraz niekończąca się samotność zarazem ludzi, jak i miejsc. Ameryka Roberta Franka jest Ameryką zstępującą z obrazów Hoppera. Pojedyńczość, zniechęcenie i zmęczenie. Praca, rasizm, konsumpcjonizm, strach i pustka. To wypalało dusze społeczeństwa i takie oblicze kraju uwiecznił na swoich fotografiach młody szwajcar. Zdjecia przerażają swoja poetycznością, do cna przesiąkniętą czernią i szarością, chciałoby się rzec bez miejsca na nadzieję.


fot. Robert Frank

Tak duże obciążenie realizmem w obrazie nie mogło pozostać bez echa. Wydany w 1958 roku we Francji album „The Americans” był istnym ładunkiem wybuchowym. „Zdjęcia jak z Rosji” wypowiadały się barwne amerykańskie magazyny, wyrzucając zdjęcia z druku. Ten kij wsadzony w mrowisko został mocno i precyzyjnie. Tak piękny portret narodowi mogła zrobić jedynie osoba z zewnątrz. Album, na który fotograf wybrał 83 zdjęcia poddano ostrej krytyce, jednakże na stałe wpisał się w historię fotografii, o czym świadczą liczne wznowienia.


fot. Robert Frank

Zarzuty kierowane były praktycznie przeciw wszystkiemu. Sposób wykonania zdjęć, braki w kompozycji, krzywe kadry, poruszone i nieostre, zła narracja, brak ładu i harmonii. Temat również znalazł się na liście zarzutów: knajpki, stacje benzynowe, przydrożne restauracje i ludzie odrealnieni i odlegli.



fot. Robert Frank

Dziś Frank nazywany jest pionierem „fotografii antymomentu” wyróżniającej się brakiem przewidywalności i planowania, przekrzywionymi horyzontami i poruszeniem, w pełni oddającą daną chwilę wraz z jej ładunkiem emocjonalnym i poetycką czułością.
Po wydaniu „The Americans” Frank odwrócił się od tradycyjnej fotografii na rzecz tworzenie ruchomych obrazów. Jego zdjęcia natomiast spełniają do dziś niezwykle ważna rolę uśmiercając amerykańskie mity, prezentując prawdziwe oblicze kreowanej przez media kolorowej maskarady bardziej przypominającej koszmar niż sen.

Anna Świrszczyńska - Ona się boi

Koło kobiety leży jej mężczyzna.
Kobieta boi się,
że on ją znowu zabije.

- Czy mnie już więcej nie zabijesz? -
pyta kobieta.
- Nie zabiję - mówi mężczyzna.

Ale ona boi się,
że on ją znowu zabije.

Więc podbiega do okna i skacze na bruk.
I już jest ocalona
leżąc na bruku.
Już on jej więcej nie zabije.

Anna Świrszczyńska z tomu Jestem baba

W czwartek...

W czwartek umarł dziadek. Nie chciałam nic pisać o książce Irvinga Stone "Pasja Życia", ale w czwartek skończyłam czytać tom 2 i znalazłam kojące słowa:

"Życie było dobre. Bóg nie stworzył mnie, aby mnie opuścić. Kochałem marmur, ale również i malarstwo. Kochałem architekturę, ale również i poezję. Kochałem moją rodzinę i moich przyjaciół. Kochałem Boga, kształty niebios i kształty ziemi, a także i ludzi. Kochałem życie do sytości, a teraz kocham śmierć, jako jego naturalne dopełnienie(...) jeśli chodzi o mnie , siły zniszczenia nigdy nie pokonały sił twórczych".

Iris Murdoch - Zielony rycerz

Kilka dni temu skończyłam czytać tę niezwykłą książkę i jeszcze dziś nie mogę wprost przestać o niej myśleć. Powieść Murdoch, można odebrać na wielu poziomach i na każdym ma w sobie coś porywającego. Książka ta, zbudowana jest wokół tajemnicy Lucasa - profesora-erudyty, którego każdy z otaczających go przyjaciół postrzega nieco inaczej, przy czym wszyscy odczuwają strach.
On jeden nie zabiera głosu w powieści, nie jest narratorem, dlatego tez nie możemy odpowiedzieć "Kim w istocie jest Lucas"?
Powieść przedstawia losy małego i zamkniętego środowiska londyńskich przyjaciół, zadziwionych niedawną wiadomością, o nieszczęśliwym wypadku, w którym Lucas broniąc się przed złodziejem nieumyślnie morduje napastnika. I od tego momentu wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, motywy, uczucia, pobudki i przyczyny - w tym świecie nic nie jest pewne. A wszystko co wiemy zbudowane jest na naszych niejasnych wyobrażeniach.
To świat symbolu i stagnacji, depresji i nadziei, idealne pole dla walki prawdziwie zielonego rycerza, znikąd wkraczające w to zamknięte środowisko. Zielony rycerz to postać rodem z "Idioty" Dostojewskiego, a jego rola sprowadza się do zbawienia i wytrącenia z niebytu wszystkich bohaterów powieści. Napięcie narasta, aż do niezwykłego pojedynku dwóch wielkich czarodziejów (Lucasa i Petera - zielonego rycerza).

Każdy z bohaterów jest inny, Clement, brat Lucasa to wyjątkowy lekkoduch artystyczne uzdolniony, Bellamy bezustannie szukający przewodnika, gubi się we własnych depresyjno-wizyjnych stanach, Harvey to młody szukający i bojący się życia chłopak, natomiast Louisa wraz ze swoimi trzema córkami jest cichym azylem, dla wszystkich zlęknionych świata przyjaciół.
Pisarka posługuje się niezwykłą metaforyką, przypomina postać Chrystusa - żołnierza, nieba zwijającego się jak zwój, oraz pięknymi symbolicznymi scenami: pojedynek czarodziejów, czy też walka 15 letniej Moy z łabędziem.

Jeszcze tylko fragment:
"Peter także jest demoniczny. Jest demonicznym psychoanalitykiem. No dobrze, masz rację, to wszystko wina Lucasa. Ci dwaj to para szalonych magików. To się może właśnie tak skończyć - próbą magii. Albo, jeśli chcesz możesz ich nazwać archaniołami(...). Pojedynek dwóch archaniołów. Trzeba tylko uważać, żeby nas nie zniszczyli."

Książkę polecam wszystkim lubiącym mroczno-magiczne klimaty i złożone osobowości bohaterów.

raz,dwa,trzy - buuuum!!

To ma być dziennik o książkach ulatujących z głowy jak ziarenka dmuchawca, przez kogo i po co wprawione w znikanie - nie wiem, może się dowiem, kiedyś.
Na ile zapanuje nad swoja wyobraźnią i poddam się powyższemu założeniu, nie wiem.
Symultaniczność momentami jest tak idealna, fragmenty życia splatają się tak ściśle, że z natłoku trudno wyodrębnić sam utwór.

O mnie: czytam chaotycznie, ok. 5 książek na raz, a przynajmniej do chwili, gdy któraś nie ściągnie całej mojej uwagi. Nie jestem stała w uczuciach, mam licznych kochanków, którym oddaje się ze zmiennym natężeniem. Bez pamięci zakochiwałam się w dostojewskim, cortazarze, wojaczku, czy stachurze, miałam romans z baudelaire, dygatem, hessem i gombrowiczem. Do łóżka chodzę z wieloma. Ostatnim czasem znajomości nawiązuje głównie w bibliotece Podgórskiej na Dębnikach. Przez co są mniej intensywne i mniej pociągające. Uwielbiam kreślić po książkach i ciągle nie zaprojektowałam swojego exlibrisu. ja w maleńkim wycinku.