ROBERT FRANK – KONIEC AMERYKAŃSKIEGO SNU

Robert Frank przyszedł na świat w Szwajcarii 1927 roku w zamożnej, żydowskiej rodzinie. Fotografia była dla niego ucieczką od rodzinnych zainteresowań związanych z prowadzeniem firmy i mnożeniem kapitału. Nauki pobierał u fotografów i grafików, co zaowocowało pierwszym albumem „40 zdjęć”. W wieku dwudziestu lat, opuszcza bezpieczną Szwajcarię, by wyruszyć w swoją wielką podróż – do Ameryki.
Za oceanem jego sen się realizuje, jednak to nie jest to, o czym marzy żądny wówczas przygód młody fotograf. Dzięki albumowi dostaje swoją pierwszą pracę dla Harpers Bazar. Fotografowanie mody nie zatrzymuje go długo w jednym miejscu. Już po roku, w 1948 udaje się na wielka włóczęgę do Peru i Boliwii.
Podróż, nowe miejsca, wrażenia ludzie, Robert Frank składa swój kolejny album „Peru”, zawiera też cenne znajomości ze znanymi fotografami. Rozczarowanie wspaniałą Ameryką sprawia, że na powrót udaje się do rodzinnej Europy. Tym razem Anglia i Walia przyciągają jego uwagę. Tutaj szuka poezji w czarnej rzeczywistości społeczności górniczych. Wspaniale prowadzona narracja zdjęć, ich realizm przy jednoczesnej gloryfikacji codziennego dnia owocuje seriami niezwykłych zdjęć znajdujących swoje miejsce w albumie „Black White and Fings”.


fot. Robert Frank

Już nie tylko podróże i zdjęcia ogniskują cała uwagę młodego fotografa. Znajomość z młodą artystką Mery Lockspeiser wprowadza wiele zmian w jego życiu. Ślub i Europa, zachwyt Paryżem, wspólne podróże. Tym żyje Frank aż do 1953 roku, kiedy to decyduje się na powrót do Ameryki. Nowy York i nowe wyzwania oraz wielkie tytuły McCall’s, Vogue, Fortune, jednakże fotografia mody, wciąż nie jest tym, w czym Frank umiałby się do końca odnaleźć. Talent i znajomości okazują się niezwykle pomocne. Rok 1955 obfituje w niespodzianki. Dzięki prestiżowemu stypendium Guggenheima wyrusza w podróż, której celem jest uchwycenie wszystkich warstwy społeczeństwa amerykańskiego.


fot. Robert Frank

Do wynajętego Forda spakował aparat, zestaw ciemniowy, żonę, dwójkę dzieci i w 1955 roku ruszył w dziewięciomiesięczna podróż po Ameryce. I tutaj statystyki są budzące podziw: 30 stanów, 10 tys. mil, 767 negatywów, ponad 28 tys. zdjęć.
Czas zimnej wojny oraz kreowania amerykańskiego utopi był doskonałym momentem do wyrażenia własnych bezstronnych obserwacji. Zdjęcia Roberta Franka szokowały swym autentyzmem. Świat przedstawiony był światem prawdziwym, bez upiększających masek reklam i sztucznie kreowanego wizerunku spełniającej marzenia Ameryki. Ten reportaż odsłaniał wewnętrzne antagonizmy, uprzedzenia społeczne, i niepokoje lat pięćdziesiątych podyktowane polityka antykomunistyczną.



fot. Robert Frank


Ciągłe przemieszczanie się, niekończąca się droga motyw tak bliski w prezentacji amerykańskich symboli wolnościowych przyniósł zupełnie nową wizję Ameryki. Ruch i świeżość spojrzenia pochodzącego z Zurychu młodego fotografa przyczyniły się do stworzenia ważnego i prawdziwego dokumentu ukazującego narodziny kultury masowej oraz obalającego szereg amerykańskich mitów.


fot. Robert Frank

Zdjęcia szokują, przede wszystkim ich realność, mocne kontrasty oraz niekończąca się samotność zarazem ludzi, jak i miejsc. Ameryka Roberta Franka jest Ameryką zstępującą z obrazów Hoppera. Pojedyńczość, zniechęcenie i zmęczenie. Praca, rasizm, konsumpcjonizm, strach i pustka. To wypalało dusze społeczeństwa i takie oblicze kraju uwiecznił na swoich fotografiach młody szwajcar. Zdjecia przerażają swoja poetycznością, do cna przesiąkniętą czernią i szarością, chciałoby się rzec bez miejsca na nadzieję.


fot. Robert Frank

Tak duże obciążenie realizmem w obrazie nie mogło pozostać bez echa. Wydany w 1958 roku we Francji album „The Americans” był istnym ładunkiem wybuchowym. „Zdjęcia jak z Rosji” wypowiadały się barwne amerykańskie magazyny, wyrzucając zdjęcia z druku. Ten kij wsadzony w mrowisko został mocno i precyzyjnie. Tak piękny portret narodowi mogła zrobić jedynie osoba z zewnątrz. Album, na który fotograf wybrał 83 zdjęcia poddano ostrej krytyce, jednakże na stałe wpisał się w historię fotografii, o czym świadczą liczne wznowienia.


fot. Robert Frank

Zarzuty kierowane były praktycznie przeciw wszystkiemu. Sposób wykonania zdjęć, braki w kompozycji, krzywe kadry, poruszone i nieostre, zła narracja, brak ładu i harmonii. Temat również znalazł się na liście zarzutów: knajpki, stacje benzynowe, przydrożne restauracje i ludzie odrealnieni i odlegli.



fot. Robert Frank

Dziś Frank nazywany jest pionierem „fotografii antymomentu” wyróżniającej się brakiem przewidywalności i planowania, przekrzywionymi horyzontami i poruszeniem, w pełni oddającą daną chwilę wraz z jej ładunkiem emocjonalnym i poetycką czułością.
Po wydaniu „The Americans” Frank odwrócił się od tradycyjnej fotografii na rzecz tworzenie ruchomych obrazów. Jego zdjęcia natomiast spełniają do dziś niezwykle ważna rolę uśmiercając amerykańskie mity, prezentując prawdziwe oblicze kreowanej przez media kolorowej maskarady bardziej przypominającej koszmar niż sen.

2 komentarze:

Vincenzo pisze...

Ciekawy tekst o Franku, piszę z podziękowaniami bo znaleźć coś o nim w języki polskim to raczej nie możliwe.Z tym antymomentem to ciekawa sprawa, bo akurat te prace tutaj są jak najbardziej złapane, jednak nie widziałem całości. Frank jako jeden z niewielu chyba postanowił powierzyć los kadrów przypadkowi.
Czy dysponuje Pani jeszcze jakimiś materiałami o R.Franku??
pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Dziękuję za artykuł z jakich materiałów Pani korzystała, chętnie bym zajrzała. Pozdrawiam,
Bogusia

Prześlij komentarz